RSS
wtorek, 05 września 2017

Zgodnie z przewidywaniami długo tu nie zaglądałam. A zatem wracając do poprzedniego maila: kieckę na wesele kupiłam przepiękną, zakupu butów udało się uniknąć, bo okazało się, że pasuje do moich szpilek. Pasowała także do balerinek, które okazały się zbawieniem w późniejszych godzinach wesela, bo wytańczyłam się solidnie, co pewnie byłoby niemożliwe w szpilkach.

Także urlop wypadł nam wspaniale. Trafiliśmy na piękną pogodę. W zasadzie tylko jednego dnia była taka sobie, ale i tak przyjęliśmy to z uśmiechami - po prostu wtedy udało się odetchnąć, odpocząć i pozwiedzać trochę. Naprawdę w tym roku z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że wypoczęłam. Choć jednocześnie się strasznie rozleniwiłam, więc powrót do pracy nie był łatwy... Ale czy kiedykolwiek jest? W zeszłym tygodniu i wczoraj miałam tydzień wolnego. To był taki miły akcent na zakończenie wakacji, a jednocześnie czas na ogarnięcie wielkich powrotów do szkoły. Przy okazji gościliśmy przez kilka dni znajomych z Francji, którzy także już wrócili do siebie.

Tak że tydzień upłynął mi pod znakiem powrotów. Dziś wróciłam już na dobre do pracy - w sensie, że następne kilka dni urlopu mam zaplanowane dopiero na koniec roku... Oby do przodu.

Na koniec fotka. Miałam ich dodać więcej, ale mimo że pstrykałam jak zwariowana, to po powrocie przejrzałam je tylko raz. To nie to co kiedyś, gdy wypstrykało się film, albo dwa i od razu biegło do fotografa wywołać i zobaczyć co z tego wyszło... Teraz - przyznaję - robię ich za dużo, a później i tak czasu brakuje na przeglądanie.

PS. Czy Wy też tak macie, że daleko od domu ekscytujecie się zabytkami, mimo że w Waszej okolicy jest ich więcej i - obiektywnie oceniając - są ciekawsze? Ja nie potrafię z tego "wyrosnąć". W dodatku pstrykam im kiepskiej jakości fotki, na których niewiele widać, za to spowalniają wycieczkę. Fotki, takie jak choćby ta ze skądinąd pięknego Jasła:

Jasło

12:31, uslyszaneprzeczytane
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 lipca 2017

Mam dość. Dobrze, że na dziś zostało jeszcze tylko 20 minut... Dzisiaj się zbieram punktualnie i choćby się paliło, waliło jadę do domu. Wiem, że dziś poniedziałek i że powinnam być wypoczęta, ale w weekend nie wypoczęłam. Wręcz przeciwnie. Ze względu na okres urlopowy musiałam zająć się działką koleżanki, wzięłam robotę do domu i skończyło się na zmarnowanym weekendzie. Poza tym mam już wszystkiego dość. Potrzebuję wypoczynku, odcięcia się od pracy. Wyjazdu. Pocieszające jest to, że to już wkrótce. Chociaż wiem, że ten ostatni tydzień da mi w kość.

A przed wyjazdem szykuje się jeszcze duża rodzinna impreza. Córka kuzynki wychodzi za mąż w najbliższą sobotę, więc trzeba się przygotować (czytaj: nie mam się w co ubrać). Faceci to jednak mają dobrze. Jedyne zmartwienie to koszula, bo garniaki mają, a doborem krawatów i tak zajmują się żony ;) No i przed wyjazdem musimy pamiętać, żeby skoczyć do myjni, bo u nas się tak kurzy z powodu pobliskiej budowy, że samochód jest kompletnie umorusany. A Młodzi co prawda auto do ślubu mają swoje, ale goście też nie powinni drastycznie odbiegać od otoczenia. Tym bardziej, że w tamtej okolicy nadal przywiązuje się ogromną wagę do tego jak się człowiek ubiera do kościoła i na uroczystości i czym ewentualnie podjeżdża.

No i proszę, zrobiło się 10 minut do wyjścia. W zasadzie należałoby już zacząć robić porządek na biurku, umyć kubek, itd. Bo jak będę dalej tak intensywnie "pracować" to zostanę po godzinach ;) No dobra, to akurat żart, ale z drugiej strony - nie miałam dziś żadnej przerwy śniadaniowej, więc trochę wolnego też mi się należy. Co mi przypomina, że jestem strasznie głodna. Tak sobie myślę, że zamiast gnać do domu, skoczę na obiad i na poszukiwanie kiecki na wesele. Jak się uda, to poprawi mi to humor bardziej niż leżenie na kanapie. I doda więcej energii. No i będę wiedziała czy kiecka będzie pasować do którychś moich butów, czy też powstanie łańcuszek i trzeba będzie dokupić butki :)

6 minut do końca. Zbieram się. I pewnie szybko się tu nie pojawię, bo w tym tygodniu nie będzie na to czasu, a w przyszłym wyjeżdżamy. Chyba, że będę pamiętać o zabraniu ze sobą hasełka i wrzucę z wyjazdu jakąś fotkę... Co zresztą obiecywałam.

Tak czy inaczej: życzę wszystkim udanego urlopu.

16:00, uslyszaneprzeczytane
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 czerwca 2017

Ponad 2 miesiące minęły od ostatniego wpisu i zupełnie zmieniły nam się okoliczności przyrody. W szafach wylądowały kurtki i płaszcze zimowe, które chciał nie chciał trzeba było wyciągnąć w święta; pochowaliśmy ciepłą odzież. Tylko prawdziwi twardziele w takie dni jak dzisiejszy chodzą w dżinsach. Większość wybiera coś skromniejszego w ilości materiału i cieńszego. 

Również chcąc nie chcąc, a właściwie całkiem nie chcąc opaliłam się ostatnio grając w badmintona. Zwłaszcza na nosie i policzkach. Masakra, nie lubię opalać twarzy. Mam też śmiesznie przybrązowione nogi - poniżej linii nie tak krótkich spodenek :) Ech, lato. 

Jutro dzieciaki zaczynają wakacje, a ich rodzice okres urlopowy. Mój w tym roku przypada na końcówkę lipca i początek sierpnia, a później udało mi się jeszcze uszczknąć początek września. Mam więc taką trochę przeplatankę, do której przyzwyczaiłam się po majowym i czerwcowym długim weekendzie. Super tak przynajmniej raz w miesiącu odpocząć dłużej niż w weekendowe 2 dni.

W tym roku postanowiłam sobie wrzucić kilka fotek wakacyjnych na bloga. Mam nadzieję, że okażę się rzetelna w stosunku do swoich postanowień i że to się uda. Tymczasem życzę wszystkim pięknego lata, udanego i bezpiecznego wypoczynku :)

15:54, uslyszaneprzeczytane
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Mimo, że tradycyjnie wczoraj była niedziela handlowa, ja dzisiaj rozpoczynam przedświąteczne zakupy. Wczoraj było mi szkoda tego pięknego dnia. Pewnie znowu popłynę z wydatkami, ale cóż, jak święta to święta. Trzeba dzieciakom kupić coś na Króliczka. To u nas nowy zwyczaj, ale podłapały od innych, mówi się o tym w szkole, więc też chcą. Idealnie byłoby zostawić prezenty na ogródku, żeby sobie pobiegały i poszukały, ale zobaczymy jak tam z pogodą będzie. Jeśli nie będzie padało, to ich wygonimy.

W tym roku święta spędzamy u rodziny (stąd większa ilość dzieci do obkupienia;) ), ale mimo wszystko nie wypada pojechać "z gołą ręką". Trzeba by upiec z dwa ciasta i jakąś pieczeń lub/i boczek czy coś. Trzeba też pojechać na wieś po jajka. Uwielbiam je. Zawsze widzę różnicę, jak się skuszę na "sklepowe", nawet te z jedynką czy eko. Zresztą innych nie kupuję.

Dziś kolejna rocznica katastrofy smoleńskiej i kolejny powód, żeby życzyć sobie i innym, by pozwolono poszkodowanym odejść. Mam już dość tej martyrologii. I nie tylko ja.

Wczoraj wieczorem wybrałam się do sklepu z koleżanką - nałogową palaczką. Kiedyś też paliłam, ale uparłam się i udało mi się rzucić. Jak sobie pomyślę ile kasy idzie jej na fajki... Kasy, której jej wiecznie brakuje. Ale nie to jest najgorsze. Najgorsze są te ohydne zdjęcia. Nie wiem co za sadysta je wymyślił... Koleżanka "ubiera" swoje paczki fajek w etui, żeby tego nie widzieć. Nie, żebym twierdziła, że palenie jest zdrowe, ale to jakaś dziecinada, biorąc pod uwagę, że na alkoholach nie zamieszcza się zdjęć rozwalonej piciem wątroby, na słodyczach skrajnie spróchnicowanych zębów, a na chipsach zdjęć z operacji usunięcia złogów tłuszczu. A może powinno się, zwłaszcza na produktach, po które sięgają dzieci i młodzież, które takie obrazki mogą bardziej odstraszyć niż dorosłych.

I jeszcze odnośnie papierosów, taka konkluzja - państwu przeszkadzają palacze, ale i tak z ochotą pobiera podatki od sprzedaży fajek (podobna moralność jak przy hazardzie). I - z tego co wiem - kwota ta nie jest przeznaczona na żaden fundusz celowy związany z leczeniem chorób wywoływanych paleniem. A może powinna być, skoro płacą ją palacze?

No dobra, koniec tematu, który na szczęście bezpośrednio mnie nie dotyczy.

Za chwilę Święta - czas radości, szczęścia i spotkań z rodziną i przyjaciółmi. Więc cieszmy się :) Wesołych!!!

poniedziałek, 06 marca 2017

Za nami pierwszy prawdziwie wiosenny weekend. Komu nie udało się z niego skorzystać, niech żałuje. Było cieplutko, słonecznie, przyjemnie. Dziś nadal jest ciepło i słonecznie, ale zaciąga jakimś takim arktycznym powietrzem. No chyba, że zmarzłam w nocy, bo nie mogłam oprzeć się pokusie spania przy otwartym oknie...

Jednocześnie rozpoczął się sezon na muchy. Pojawiły się pierwsze, wyjątkowo uparte i natrętne egzemplarze. A zapewne lada chwila obudzą się komary...

A z pięknych rzeczy - można już u nas gdzieniegdzie podziwiać pierwsze wiosennie kwiaty i krzewy. Są też bazie. Wysuszone na dworze pranie pachnie zupełnie inaczej niż suszone w domu...

Miło, milutko i tylko martwią mnie zapowiedzi ochłodzenia. Dość zimy.

15:20, uslyszaneprzeczytane
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 lutego 2017

Doprawdy, jakieś fatum ciąży ostatnio nad moją rodziną. Od lat nie było takich wspaniałych warunków do jazdy na nartach w naszych górach, nawet tych nie najwyższych. Powinnam co tydzień szusować na jakimś stoku, ale... Ale najpierw - jeszcze w grudniu - złapałam grypę, której udało mi się pozbyć dopiero w połowie stycznia. Znaczy wtedy mi przeszło... tyle że na mojego Najdroższego. Trudno było go zostawić w łóżku chorego i pojechać na narty, tym bardziej, że miałam wyrzuty sumienia jako rozsiewacz jego choróbska. Jak Ukochany zaczął wracać do zdrowia, to się dla odmiany dziecko rozchorowało, a przy nim mnie również znowu złapało, choć na szczęście tylko przeziębienie, ale i ono potrafi uprzykrzyć życie. Mamy więc już za sobą 1/3 lutego, a ja nadal zjazdy na nartach mogę podziwiać tylko w sieci, a w swoim wykonaniu, tylko na starych zdjęciach :(

A pozostając w tematyce zimowej, bo znowu zrobiło się zimniej, muszę powiedzieć, że dzieciaki z naszego osiedla ostatnio przeżyły wielkie rozczarowanie. Kiedy przyszedł mróz, postanowiły zrobić sobie lodowisko na pobliskim placyku. Uwijały się jak mrówki przygotowując go i znosząc wodę. Nie przewidziały tylko jednego - że akurat pod tym placykiem przechodzą jakieś - zapewne niezłej grubości - węzły cieplne dostarczające ogrzewanie na osiedle. Na drugi dzień, mimo mrozu (choć trochę mniejszego, jak to w dzień), w śniegu i przez ich lodowisko przebiegała piękna roztopiona "dróżka" :( Jak pech to pech, tym większy, że ciężko teraz dzieci z domu wyciągnąć, więc jak już się wybrały, to spotkała ich rzeczywiście wielka, niemiła niespodzianka.

Jeszcze a propos chorowania - za dwa dni przypada Światowy Dzień Chorych i tak przewrotnie liczę na to, że tego dnia wszyscy będziemy już zdrowi. Czego i Wam życzę :)

Miłego popołudnia :)

13:57, uslyszaneprzeczytane
Link Komentarze (2) »
środa, 28 grudnia 2016

Moja planowana zwiększona aktywność została przed świętami skutecznie zablokowana przez grypę. Najbardziej żałuję, że nie udało mi się dotrzeć na krioterapię. Ale co się odwlecze... Przynajmniej taką mam nadzieję.

Jak dla mnie 2016 rok nie był zły. Nie wsławił się też co prawda żadnymi cudownościami, był po prostu dość przeciętny, ale nie mam powodów by na niego narzekać. Przeraża mnie jednak to ile tak naprawdę nieszczęść się przydarzyło na świecie. Ile wojen, bitew, konfliktów, zamachów. Ile osób - znanych osób - odeszło. Tak, pod tym względem był to rok "pogromów", który powalił wielu.

W nadchodzącym 2017 roku życzę Wam - i sobie - dużo szczęścia, pokoju, stabilizacji, zdrowia, radości oraz spełnienia marzeń. Niech będzie to dla Was naprawdę dobry rok i niech będzie dobry - przez Was - dla innych, na których szczęście Wy macie wpływ. Wszystkiego najlepszego :)

No i oczywiście szampańskiej zabawy za 3 dni :)

czwartek, 08 grudnia 2016

Po wpisach na blogu dobitnie widać jak szybko czas gna do przodu. Wystarczy - wydawałoby się - przez chwilę zająć się codziennym życiem, a później wejść na bloga, żeby za głowę się złapać ile czasu upłynęło od poprzedniego wpisu. Z kolei śledząc wcześniejsze wpisy i trafiając na podobne, pisane o tej samej porze roku, np. przed świętami, można się skutecznie zdołować, że znów są święta, znów człowiek jest starszy i znów ma te same problemy - co kupić pod choinkę i jak ogarnąć świąteczne zamieszanie. Doprawdy z roku na rok coraz trudniej dostrzec mi jakąkolwiek magię świąt. Może widzą ją tylko dzieci, niezaangażowane w zamieszanie i organizowanie wszystkiego, za to cieszące się przerwą świąteczną w szkole... W tym roku mam postanowienie nie noworoczne, tylko świąteczne, żeby bardziej o siebie zadbać. Korzystając z łażenia po galeriach kupiłam sobie (a co tam) sporo ciuchów. Mam ochotę na zmianę stylu i pozbycie się tych najstarszych, które noszę, bo szkoda wyrzucić, skoro są całe, ale na które już patrzeć nie mogę, bo mam je za długo. Zmieniłam też kolor włosów, w domu, ale muszę przyznać, że jednak farby fryzjerskie są dużo lepsze - trwalsze i bardziej... przewidywalne od tych sklepowych. Kupiłam np. bardzo jasny blond bardzo znanej i chyba najdroższej firmy z farb sklepowych, który bardzo, ale to bardzo przyciemnił mi włosy. Ma kompletnie inny kolor - barwę i odcień - niż na próbniku i na zdjęciu. I - żeby nie było - nikt nie przełożył żadnej tubki. Sprawdziłam numerację. Po prostu producent wtopił. A że uzyskany kolor kompletnie nie przypadł mi do gustu, więc wybrałam się do fryzjera i przefarbowałam włosy na jeszcze inny kolor. Na sobotę umówiłam się do kosmetyczki, a w przyszłym tygodniu wybieram się na krioterapię :) Ponoć daje niezłego kopa na długi czas. Zobaczymy jakie cuda potrafi sprawić mrozik :) Miałabym ochotę wybrać się na narty, ale akurat to jest teraz nierealne, więc przekładam na styczeń, jeśli pogoda dopisze. Generalnie mój cel i motto na przyszły rok to - dość tracenia czasu plus większa aktywizacja pozostałych członków rodziny w domowe obowiązki i w aktywność (w sensie - większej ilości ruchu) też :) Bo mi rodzinka zardzewieje ;)

A Wy jakie macie plany?

wtorek, 20 września 2016

W końcu znalazłam notatnik z hasełkiem bo bloga :) Takie są skutki malowania pokoju i upychania wszystkiego gdzie popadnie. Już myślałam, że się tu więcej nie dostanę. Tym bardziej, że okazało się, że miałam podany nieaktualny adres e-mail... 

Od mojego ostatniego wpisu upłynęła cała piękna pora roku - lato, w tym roku naprawdę takie jak lubię - nie za ciepłe, ale i nie zimne. Dopiero dziś poczułam arktyczne powietrze. Śmieszne, bo gdyby te same 15 stopni było w marcu, stwierdziłabym że jest niemalże upał. A dziś ubrałam się ciepło, a mimo to nie odczułam, że jest mi gorąco. Zmarzluch ze mnie.

Chciałam napisać coś o urlopie, ale wydaje mi się to tak odległym i nieaktualnym newsem, że raczej sobie daruję. Po prostu był, jak co roku. Jak co roku wyjechaliśmy i jak co roku wypoczęliśmy. A później - również jak co roku - wróciliśmy do codzienności.

Więc co jest aktualne? Hmm... 1. moje problemy z lapkiem; chyba muszę go wymienić, 2. smażę powidła śliwkowe, jak się zasiedzę przy kompie, to się spalą ;) 3. rośnie mi ciasto na drożdżówkę; jak się zasiedzę to ucieknie :) 4. brakuje mi dwóch półek na książki, niestety muszę się przejechać do Ikea, żeby były takie same jak inne; nie chce mi się na samą myśl o przemierzaniu tam kilometrów, a później staniu w kolejce do kasy rodem z PRL. 5. dziecko wróciło do szkoły, ba, już nawet miało 4 kartkówki ! 6. od miesiąca regularnie ćwiczę na piłce i o dziwo zapominam, że mam kręgosłup (wcześniej mi na to nie pozwalał). 7. w weekend wybieram się na grzyby.

Miłego wieczoru :)

wtorek, 14 czerwca 2016

Ostatnio moja chrześnica pytała mnie jaki zawód ma wybrać, bo już najwyższy czas, żeby się na coś zdecydowała. Ponoć pyta o to wszystkich, bo sama nie bardzo wie co ze sobą zrobić. O jej niedoczekanie!!! żebym nakłaniała ją na jakiś kierunek. Później coś jej się nie spodoba, albo nie wyjdzie i będzie miała pretensje do mnie. Może i trochę słuszne, bo podobne do sytuacji, w której rodzice namawiają dziecko do studiowania określonego kierunku, choć ono nie jest nim zainteresowane; może tylko z mniejszym natężeniem. Wychodzi jednak na to, że szkoły popełniają poważny błąd, nie ukierunkowując swoich absolwentów. Może warto byłoby zorganizować regularne zajęcia dotyczące wyboru przyszłego zawodu. Omówić co się robi, jakie są możliwości rozwoju wybierając poszczególne zawody, czego można się spodziewać. Bo skoro dzieciaki po maturze nadal nie wiedzą czego chcą, to coś jest nie tak. A ja, cóż mogę? Mogę przedstawić tylko pomysły, doradzić po czym teraz można znaleźć zajęcie, a po czym nawet zasiłku się nie dostanie, bo będzie problem z przepracowaniem czasu wymaganego do jego uzyskania (z zastrzeżeniem, że studia trwają 5 lat, a to długi czas i sytuacja może wyglądać zupełnie inaczej jak je skończy). Dla zatwardziałej humanistki mogę polecić prawo, bo co prawda zrobiła się po nim straszna konkurencja, ale znajomość prawa w Polsce przydaje się na wielu stanowiskach, nie tylko związanych stricto z zawodem. Mogę jej też doradzić kurs coachingu, zwłaszcza jeśli nie wie co studiować, albo ten kurs połączony ze studiami psychologicznymi - ludzi potrzebujących wsparcia, pomocy, albo po prostu rozmowy jest coraz więcej, więc zawód ma przyszłość. Moim zdaniem zawsze znajdą pracę ludzie dobrzy w swojej profesji, a zwłaszcza dobry lekarz (ten zawód u niej odpada) czy dobry psychoterapeuta. A na uczelnię nie będzie miała daleko, bo do Wrocławia blisko. Przyszłościowym zawodem jest też grabarz, ale kręciła nosem na taką propozycję, mimo że nie zaprzeczyła ;) No a ostatecznie może zostać szafiarką. Figurę ma niezłą, buźkę śliczną, gust modowy niezły, tylko pstrykać fotki i pisać :) Chociaż na taką propozycję oburzyła się jej ambitna mama, która by córcię chętnie widziała na jakiejś dobrze płatnej poważnej posadce. Wszystkie mamy są pod tym względem podobne, tylko tych dobrze płatnych posadek jakoś kurczę brakuje.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
Tagi